Tag: strach

Cesarka to nie urodziny

Cesarka to nie urodziny

Co jakiś czas pojawia się artykuł na temat wydobycin. Swoją drogą temat tak żenujący, tak śmieszny że kiedy pierwszy raz przeczytałam dyskusję matek na ten temat chciałam się rozpędzić i walnąć głową w betonowy mur żeby wymazać z pamięci tą idiotyczną gównoburze. 

Pierwszy raz na dyskusję o wyższości matek rodzących naturalnie nad matkami rodzącymi przez cięcie cesarskie natknęłam się już dawno. Był to dla mnie szok. Wpierw myślałam, że tym mamusiom po prostu się nudzi, ale zagłębiając się w dyskusje zobaczyłam bijącą nienawiść tych matek. Dlaczego? Do dzisiaj nie wiem. Może matki rodzące naturalnie zazdroszczą tej jakże wspaniałej bezbolesnej metody porodu matkom po cieciu? Nie będę w to głębiej wnikać bo tak naprawdę gówno mnie interesują ich kompleksy.

Najstarszą córkę urodziłam naturalnie, aczkolwiek zastanawiam się czy oby na pewno ją urodziłam, ponieważ trwało to maksymalnie wszystko 3 godzinki i w dodatku- mało co bolało. Uprzedzając pytania czy też stwierdzenia NIE. NIE MIAŁAM ŻADNEGO ZNIECZULENIA. Zostałam nacięta i jedyny dyskomfort, ból który przeszkadzał mi podczas porodu to zszywanie krocza po nacięciu. No dobra. Biorąc pod uwagę, że jednak może i nie z nadludzkim cierpieniem, ale jednak urodziłam córkę naturalnie- jestem matką.

Przejdźmy teraz do mojego siedmiolatka.  2 lipca 2011 roku obudziłam się i zorientowałam, że zaczęły mi odchodzić wody płodowe. To był sobotni, letni poranek. Pojechaliśmy do szpitala. Dojście na izbę przyjęć i oddział to nie zapomniane uczucie. Co kilkanaście kroków robiło mi się cieplutko i mokro. Cały czas odchodziły wody. Po kilku godzinach wreszcie mnie zbadali. Żadnego rozwarcia, wody dalej powolutku spływają, ja nie odczuwam żadnego nawet najmniejszego skurczu. Wieczorem w sobotę zostaję położona i podpięta pod KTG. Tętno dziecka niższe niż normalnie, ale jeszcze nic niepokojącego. Niedzielny ranek. Znów badanie, pytanie o skurcze których nie było i po raz kolejny KTG. Tętno dziecka jeszcze niższe, no ale czekamy. Przecież to nic pilnego, mamy niedziele, nikomu nic się nie chce, w dodatku szpital rzeźnia. Tak minęła niedziela. Wieczorne KTG po raz kolejny wykazało, że tętno mojego dziecka jest niższe niż być powinno, a akcji porodowej brak. Czekamy. Poniedziałek 4 lipca. Badanie- rozwarcie na 1 cm. Zero odczuwalnych skurczy. Podajemy oksytocynę, a przy okazji podpinamy do KTG, więc leż sobie kobieto i czekaj na wyrok. Niestety kroplówka nic nie dała, zero jakiejkolwiek akcji porodowej. Mniej więcej około godziny 15 widzę, ze tętno synka spada jeszcze bardziej. Zaczynam się denerwować(tak jakbym wcześniej jeszcze nie była). Cyfry powoli, ale systematycznie spadają. Zawołałam położną i poprosiłam żeby spojrzała- no w końcu mogę się nie znać. Ona spojrzała powiedziała coś w rodzaju nie jest źle i wyszła. Na jej nieszczęście musiała dosłownie po minucie wrócić ponieważ tętno zaczynało drastycznie spadać. W tym momencie o nic już nie prosiłam, wtedy kazałam jej natychmiast wezwać lekarza. Byłam gotowa odpiąć się od KTG i sama pójść po niego, zaciągnąć go za kudły żeby spojrzał na wykres. Na szczęście nie musiałam. Spojrzała na mnie, na monitor i pognała. Później wszystko działo się już szybko. Lekarz przyszedł spojrzał i nie wiem skąd wyjął jakieś papiery do podpisania. Powiedział tylko ze nie ma czasu tłumaczyć, ze jedziemy na CC. Wszystko szybko podpisałam i tak oto po godzinie 16 wydobyli ze mnie mojego syna. Mojego syna który urodził się w zamartwicy okołoporodowej. Czy można było tego uniknąć? Pewnie tak. Wystarczyłoby większe zainteresowanie personalu- no ale ja nie o tym dziś. Tak wiec syn został ze mnie wydobyty przez lekarzy, co wcale nie znaczy ze go nie urodziłam. Takie coś to nic innego jak PORÓD POPRZEZ CESARSKIE CIĘCIE (i tu chciałabym krzyknąć- ogarniasz idiotko jedna z druga?! PORÓD).

Tak więc czy mogę nazywać matka mojego syna? Czy mogę nazywać się matką która urodziła to dziecko?  OCZYWIŚCIE. Bo gdyby nie PORÓD poprzez ciecie cesarskie to mojego syna, którego jestem matką nie byłoby dziś na świecie. Czy zgoda na ratowanie mojego dziecka robi ze mnie gorszą matkę?

Niunia. Niunia także urodziła się poprzez cięcie cesarskie. Dlaczego? Ponieważ przebieg porodu Niuni był jak odtworzenie z plików porodu Daniela. Z jednym małym i najważniejszym wyjątkiem. Nauczona wcześniejszym porodem, po tym jak skurcze były słabiutkie, wręcz zaczęły się wyciszać, a rozwarcia nie było zażądałam natychmiastowego cięcia. Tu składam pokłon w stronę lekarza (był to już inny szpital niż poprzednio), który jest pro VBAC i zaproponował próbę urodzenia małej naturalnie. Niestety, a może stety nauczona wcześniejszym doświadczeniem nie zgodziłam się. Tak oto 8 września 2014 roku wydobyli ze mnie Niunie. Teraz pytanie- czy mogę nazywać się matką? OCZYWIŚCIE. Podjęłam decyzję, która wydawała mi się wtedy jak najbardziej słuszna (dziś może bym postąpiła inaczej, aczkolwiek nigdy nie będę żałować). Ze strachu o dziecko, o to, że sytuacja znów może się powtórzyć, że mogę zacząć tracić moje dziecko postawiłam na wydobyciny- czyli nic innego jak PORÓD POPRZEZ CESARSKIE CIĘCIE.

Ostatni poród także odbył się poprzez CC. Tutaj byłam już gotowa na poród naturalny. Tutaj wody mi nie odeszły. Tutaj zaczęło się od skurczy. Wręcz chciałam urodzić naturalnie. Niestety. Niespełna 2 lata wcześniej miałam cięcie cesarskie, i nie trafiłam na lekarza pro VBAC2 dlatego też skończyłam cesarką.

Tak więc czy ratując swoje dziecko poprzez zgodę na poważną operację wykonywaną na mnie jestem gorszą matką? Czy robiąc to dla zdrowia, życia mojego dziecka nie mam prawa nazywać się matka?

Bardzo często w tych dyskusjach widuje się argument, że nie wiemy co to ból, skurcze i parcie. Część owszem. Ale czy te wszystkie jebitnie jebnięte mamuśki z internetów, które uważają się za lepsze bo urodziły naturalnie choć raz pomyślały, że większość z nas(nie mowie o CC na życzenie-tego komentować nie będę) po prostu ratowała swoje dziecko?! Wpadłyście na to, czy po prostu przy porodzie urodziłyście także swój mózg?

TAK. JESTEM MATKĄ CZWÓRKI DZIECI. Jednej córki która urodziła się naturalnie i pozostałej trójki, która urodziła się poprzez poród cesarskim cięciem. Nie uważam się za gorszą matkę. Może i nie darłam się przy porodzie naturalnym, ale to ile łez wylałam po cesarce przez ból który towarzyszył w miejscu cięcia wiem tylko ja. Ja i inne matki, które urodziły poprzez CC, które cierpiały podczas wstawania, chodzenia, kaszlu, kichania i wielu innych, a które wy- madki z internetów, które rodziłyście naturalnie tak bardzo krytykujecie. Nie umniejszajcie nam tylko dlatego, ze ratowałyśmy nasze dzieci.

Anarchia kontrolowana

Anarchia kontrolowana

U nas panuje przede wszystkim jedna zasada, ale o niej później. Na wiele rzeczy nie zwracamy uwagi, albo mamy kontrolowanie wyjebane na to. 

Nasze dzieciaki mogą wstać o 6 rano i wyjść na dwór. Nie musza zjeść cudownego rodzinnego śniadania, nie musza czekać do „ludzkiej” godziny żeby wyjść. W ogóle nie muszą jeść. Wychodzimy z założenia, że jeśli dziecko zgłodnieje to samo przyjdzie. Nasze dzieci zręcznie posługują się ostrymi narzędziami typu noże, nożyczki. Nie bronimy im ich używać, aczkolwiek wiedza, że jeśli będą nieuważne to mogą sobie zrobić mniejsze lub większe „auć”. Nie bronimy naszym dzieciom latać po całym osiedlu, aczkolwiek wiedzą co im grozi jeśli się zgubią. Nie trzymamy dzieci w złotej klatce. Uczymy ich od początku, że ich zachowania mogą mieć dla nich przykre konsekwencje. Wiedzą co może się zdarzyć jeśli zgubią się, oddalą w sklepie, na spacerze, wiedzą co będzie jeśli wsiądą do samochodu obcego człowieka. Wiedzą jakie konsekwencje może przynieść nie uważne krojenie pomidora, mięsa itd. Wiedzą, ze jeśli spadną z drzewa, trzepaka mogą już więcej palcem nie ruszyć. Wiedzą to wszystko dlatego ponieważ tłumaczymy, a często pokazujemy nawet filmiki z możliwymi konsekwencjami. 

 

Nasze dzieci wiedzą, że każda ich kłótnia, bijatyka może skończyć podbitym okiem czy krwią z nosa.

 

Najczęściej sprawa wyglada prosto. Póki krew się nie leje- nie interweniujemy. Każde z nich ma inny charakter. Jedno jest spokojne, a drugie to typowe wybij-okno.  Startują do starszych dzieci¿ Spoko. Może i wyrodni rodzice z nas, ale jeśli to nasze startują to nie interweniujemy. Wiecie jak jest. Póki się nie sparzy to się nie nauczy. Jeszcze nie zdarzyło się, żeby któreś z naszych zalazlo starszym dzieciom za skore tak, żeby od owych starszych zarobić… ale bywało blisko.  Nasze dzieciaki znają konsekwencje większość swoich zachowań dzięki czemu są uważne. One wiedza, ze jeśli nie będą uważać przechodząc przez torowisko to tramwaj zrobi z nich mielonkę. Nasze dzieci wiedza, ze jeśli będą bawić się ogniem mogą spowodować pożar. One wiedza jak się zachowac kiedy jadąc do babci dojdzie do wypadku. Wiedza, ze absolutnie nigdy nie mogą wysiadać z auta od strony jezdni. One wiedza nawet, ze podczas apokalipsy zombie maja walić w łeb, a jeśli ktoś dotyka ich pomimo, ze tego nie chcą mogą odgryźć… rękę. Znają słowo „NIE” i bardzo dobrze wiedzą co ono oznacza. Wiedzą także, ze jeśli ktoś nie reaguje na ich NIE mają prawo do obrony. Jednak znają jedna jedyna najistotniejsza zasadę. Brzmi ona tak „ja o swojej rodzinie mogę wszystko , ale niech ktoś obcy zacznie startować do kogoś z rodziny, wtedy nie odpuszczam.”  Jako, ze znają tę zasadę dobrze wiedzą, że jeśli przyjdzie co do czego to rodzice dostają białej gorączki i zrobią jesień średniowiecza z dupy ich oprawcy. Ja nigdy nie byłam grzeczna dziewczynka, rodzice mieli ze mną same problemy, a pomimo tego do dziś zawsze pomagają. Rodzicami jesteśmy do końca życia. To właśnie dziś, od kiedy mam swoje dzieci rozumiem niepokój moich rodziców o mnie czy tez moje siostry.  To dziś wiem, ze wszystko co robili to z troski, a nie złośliwości. OK. Mieli zupełnie inne podejście niz ja, aczkolwiek jak najbardziej ich rozumiem. W końcu wszystkim nam chodzi o jedno. O dobro naszych dzieci.  Czasem płaczemy (więcej o tym Jestem masochistką), ale każdy uśmiech dziecka wynagradza nam łzy. No dobra. Nie każdy. Jest tez ten jeden jedyny sadystycznego zadowolenia kiedy to np. Zużyli mi cali peeling do ciała lub wiedzą, ze popsuli komputer i taty przyjdzie z pracy do pracy.

Nasze dzieci grają w to co my. Diablo i World of Warcraft (ogólnie Blizzard) jest u nas na porządku dziennym. WSAD maja opanowany prawie do perfekcji. Chcą grać to im nie bronimy. Zreszta, jakby nie było. Języka prędzej naucza się podczas gry niż w szkole. To tutaj uczą się iż każda pomyłka wiąże się z mniejszymi bądź większymi konsekwencjami. To tutaj uczą się, ze aby być lepszym trzeba ćwiczyć skile. To tu nauczyły się, ze jeśli za długo będą pod woda, to po prostu zginą. Gry w które moje dzieci nie grały to właściwie tylko te niskich lotów, które i nas tata gamer od zawsze i mama gamerka od 6 lat nie przyciągnęły. Tutaj jednak zaznaczę, ze zanim one zagrają w dana grę to najpierw my rodzice przez dobrych kilka dni sprawdzamy czy gra jest na tyle dobra by dzieci mogły się w nią zagłębić. Oczywiście czasem same z siebie włącza sobie jakaś gierkę dla dzieci i jak najbardziej nie zabraniamy im tego. Prawie każda gra jest odpowiednia dla dziecka. Jest tylko jeden warunek. Dziecko musi być na tyle inteligentne, ze zrozumie iż to fikcja, a nie rzeczywistość.

 

Bywają dni (najczęściej po deszczu) kiedy to dzieciaki wracają do domu calutkie w błocie. Tak bardzo, ze jedyna opcja to droga prosta przedpokój-wanna. Zabawa w błotku to fajna zabawa wiec nie zabraniamy, a czasem nawet się dołączamy. Zabawa jogurcikiem – zawsze spoko. TAK. Bawimy się czasem jedzeniem. Rzucamy w siebie ciastem na pizzę, rozsypujemy mąkę, a i zdarzyło się, ze każde z nas miało na sobie rozbite jajko (polecam. Spoko maseczka na włosy). 

 

Uwielbiamy wygłupiać się z dzieciakami. Wtedy w domu jest głośno, brudno i radośnie. 

Przechodząc do sedna. Panuje u nas anarchia kontrolowana. Każdy robi to na co ma ochotę w granicach rozsądku. My jesteśmy rodzicami, ale przede wszystkim przewodnikami subtelnie pokazującymi drogę przez życie, które jest pełne niebezpieczeństw.  Jesteśmy by te małe stworzonka mogły schować się w naszych ramionach przed całym złym światem, który czasem je przeraża. 

Strach i radość

Strach i radość

W życiu większości z nas przyjdzie bądź już przyszedł taki czas kiedy dowiadujemy się, że w naszym ciele lub ciele naszej partnerki rozwija się coś. Coś małego, naszego, coś co bezgranicznie będzie nam ufać, będzie nas kochać, coś czym będziemy musieli opiekować się przez dobrych kilkanaście lat. To COŚ to nasze dziecko. Nasze szczęście, miłość. Pamiętam kiedy pierwszy raz przy najstarszej zobaczyłam ją na USG. Takie to było małe, do niczego nie podobne, a jednak wywołało łzy. Wbrew wszystkiemu czułam się cholernie szczęśliwa. Strach mieszał się ze szczęściem. Pierwsze kopnięcia dziecka- niezapomniane uczucie. Poród- no cóż. Nigdy nie ukrywałam, że jakoś specjalnie był koszmarny. Wręcz przeciwnie, aczkolwiek przez cały poród czułam strach, a kiedy położyli mi małą na brzuchu pierwsze co zrobiłam to… policzyłam jej palce i się popłakałam. Pierwszy raz wżyciu czułam tyle w jednym czasie. Powrót do domu. Strach, radość. Pierwsze kąpanie- „Mamo, wpadniesz umyć małą” – no co? Mając trójkę dzieci mieli większą wprawę 😊 Karmienia, wstawanie w nocy, spacery wszystko to było przepełnione strachem, radością, bólem, zmęczeniem. Pierwsze zachłyśnięcie malej- panika, strach i telefon do rodziców. Pierwsze kroki małej radość. Pierwszy siniak, zadrapanie, choroba- strach. I znów dwie kreski, USG- radość, strach, przerażenie. Zmęczenie. Odchodzące wody. Zero akcji porodowej. Strach. Spadające tętno dziecku i zero reakcji lekarzy- strach, wkurwienie. Nagle zanikające tętno dziecka- łaskawie reakcja lekarzy „CC, proszę podpisać zgodę” Zero tłumaczeń. Strach. Chłopiec. Szczęście. Pytania. Wkurw jakich mało, bo do cholery było reagować gdy informowałam o spadającym tętnie. Było spojrzeć na wydruk z KTG. Powrót do domu. Strach, ból, radość. Pierwsze kąpanie, pierwsze choroby, pierwsze kroki. Grudzień 2013 dwie kreski. Szczęście. Podwójne. Po pierwsze będziemy mieli dziecko, po drugie najstarsza ma pierwszy w życiu występ w przedszkolu. Idealnie. Szczęście, łzy, wzruszenie i strach, panika. Koniec przedstawienia, zbieramy się do domu. Moje dziecko się pali. Jakiś rodzic okazał się kompletnym idiotą i zapalił świeczkę na stole. Moje dziecko cierpi, płacze. Nie wiem jak dałam radę na tyle się opanować by wszystkim którzy zabraniali mi do niej wejść nie spuścić wpierdolu. Wręcz dałam radę zająć się młodszym synem i zadzwonić do rodziców co jest grane. Może miało to związek z tym, że mąż przy niej był i to on się nią zajmował, a komu mogłabym bardziej zaufać jak nie osobie którą kocham, która dodatkowo jest strażakiem? Kilka razy powtarzane pytanie „ Gdzie jest ta karetka kurwa?!” I wiecie co? Miałam totalnie wyjebane, że słyszą to obce mi dzieci. Do dziś wiem, że gdyby ktoś się wtedy odezwał to zaproponowałabym żeby przeżył moją sytuację. Egoistyczne podejście? NIE. Po prostu strach i przerażenie. Nie wiedziałam, nie widziałam jak bardzo córka jest poszkodowana. Wiedziałam wszystko tylko z informacji jak Ci wszyscy cudowni rodzice gadali ciszo między sobą. W pewnym momencie kazałam im chyba wszystkim wypierdalać pod pretekstem „nie czujecie jak tu śmierdzi spalenizną? Zabierzcie dzieci” W końcu zrobiło się luźniej. Dostałam się do córki i natychmiast kazałam dyrektorce przynieść syrop przeciwbólowy. A ona co? Ona, że nie może dziecku podać w przedszkolu, ale poszła i przyniosła… Pewnie uznała, że dalsza dyskusja ze mną i z mężem, który wie co się dzieje jest nie potrzebna. W końcu przyjechała karetka i w tym momencie film mi się urwał, jak po dobrym chlaniu. Wiem tylko, że rzeczowo rozmawiałam ze sanitariuszką w karetce, kodowałam informacje do którego szpitala jedziemy, trzymałam moją malutką za rączkę i…. rzygałam. Pierwszy raz w ciąży z Niunią rzygałam właśnie wtedy. Ze strachu. Szpital, leczenie, pierwsze obcięcie włosów córce (bo spalone) to strach i radość, że nie stało się nic co mogłoby zaważyć nad jej życiem. Kilka miesięcy później pobudka w nocy i lekko odchodzące wody. Lekkie skurcze. Lekki strach i podniecenie, że to już. Mąż obudził teściową, żeby zajęła się starszymi. Jedziemy do szpitala. Nasilające się skurcze. Szpital państwowy. Każą iść spać. Następnego dnia każą leżeć. Kolejnego dnia łaskawie chcą żebym zaczęła rodzic. Po właściwie dwóch dobach odchodzących wód. Powiedziałam dość. Mają mnie natychmiast wziąć na CC. Miałam do niej prawo bo byłam już po jednej cesarce. 2 godziny i nasza mała z nami. Radość. Starsza córka wpadła z tatą. Nasze wzruszenie, jej strach bo niunia mamę chce zjeść. Powrót do domu.  Zabawa, strach, miłość, zmęczenie. Kolejne dwie kreski. Tym razem reakcja była nieco odmienna od poprzednich. Tym razem po zobaczeniu dwóch kresek padło siarczyste „ o kurwa”. Wiele rozmów, rozważanie za i przeciw. Podjęta decyzja. Urodzę. Tej ciąży towarzyszył mi strach. Wiedziałam, że ciąża, moje zdrowie jest zagrożone. Wiedziałam, że poród odbędzie się przez CC chociaż szukałam opcji naturalnego porodu. Pewny poranek skurcze. Ej, ale to za wcześnie. Strach, telefon do męża, telefon do lekarza i informacja, że już na mnie czekają. Szybki wywiad i lecimy na sale. Zajebista atmosfera, wszystko tłumaczone, mąż za drzwiami wszystko kontrolujący, sama jego obecność, że on tu jest, że go widzę dawała mi bardzo dużo. Mały na świecie. Malutki. Szybki buziak, przytulenie i zabrali go. I wbrew pozorom bardzo dobrze. Dali tacie do tulenia, mnie pozszywali i przewieźli na sale, po chwili informacja, że mały w inkubatorze bo się szybko wychładza. To w takim razie wypada poinformować rodziców, ze mają wnuka wcześniaka. Mama nie uwierzyła. Musiałam na dowód zdjęcia wysyłać 😊 Płatność za szpital. Prywatna klinika. Jeśli jeszcze kiedykolwiek miałabym rodzic to tylko w prywatnej klinice. Nigdy więcej w państwowym szpitalu. Przepaść ogromna. I znów strach i to dodatkowy bo wcześniak, szczęście itd.

Rodzicem jest się od początku do końca. Rodzicom towarzyszy strach, radość. Codziennie. Codziennie martwimy się o nasze dzieci, ale też codziennie każdy ich uśmiech wynagradza nam każde zmęczenie, każdy strach. Spytałam moje dzieci za co nas kochają. Tak więc:

Niunia kocha tylko tatę. Mamę kocha ewentualnie wtedy kiedy taty nie ma lub tata czegoś nie pozwolił.

 Daniel- za zabawki, za przytulanie

Magda- „za to, że mama nas kocha i jest miła jak słonko”

Młody- jeszcze nie mówi

dav

 

Podsumowując rodzicielstwo to ciężka, wymagająca, stresująca praca. Czasem każdy z nas ma chwilę zwątpienia, zmęczenia i chciałby to rzucić w cholerę. Nie ważne czy mamy jedno czy więcej dzieci, wcześniej czy później przychodzi moment kiedy czujemy się wypaleni, kiedy potrzebujemy urlopu. Niestety urlopu od rodzicielstwa wziąć nie możemy, na szczęście większość z nas kocha swoje urwisy ponad wszystko dzięki czemu szybko nabieramy nowej energii. Kochamy dzieci ponad wszystko, bezinteresownie. Kochalibyśmy je nawet gdyby ciągle tylko płakały, jęczały, kłóciły się. Dzieci kochamy za wszystko i za nic. Nie możemy kochać połówkowo. Każde z dzieci jest inne, jedno ma więcej wad od drugiego, ale wszystkich kochamy tak samo. Wychowujmy nasze dzieci najlepiej jak potrafimy. Dawajmy im oparcie. Kochajmy, szanujmy.

Za co Wy kochacie swoje urwisy?

Facebook
Facebook
Twitter