Tag: mamanacztery

Cesarka to nie urodziny

Cesarka to nie urodziny

Co jakiś czas pojawia się artykuł na temat wydobycin. Swoją drogą temat tak żenujący, tak śmieszny że kiedy pierwszy raz przeczytałam dyskusję matek na ten temat chciałam się rozpędzić i walnąć głową w betonowy mur żeby wymazać z pamięci tą idiotyczną gównoburze. 

Pierwszy raz na dyskusję o wyższości matek rodzących naturalnie nad matkami rodzącymi przez cięcie cesarskie natknęłam się już dawno. Był to dla mnie szok. Wpierw myślałam, że tym mamusiom po prostu się nudzi, ale zagłębiając się w dyskusje zobaczyłam bijącą nienawiść tych matek. Dlaczego? Do dzisiaj nie wiem. Może matki rodzące naturalnie zazdroszczą tej jakże wspaniałej bezbolesnej metody porodu matkom po cieciu? Nie będę w to głębiej wnikać bo tak naprawdę gówno mnie interesują ich kompleksy.

Najstarszą córkę urodziłam naturalnie, aczkolwiek zastanawiam się czy oby na pewno ją urodziłam, ponieważ trwało to maksymalnie wszystko 3 godzinki i w dodatku- mało co bolało. Uprzedzając pytania czy też stwierdzenia NIE. NIE MIAŁAM ŻADNEGO ZNIECZULENIA. Zostałam nacięta i jedyny dyskomfort, ból który przeszkadzał mi podczas porodu to zszywanie krocza po nacięciu. No dobra. Biorąc pod uwagę, że jednak może i nie z nadludzkim cierpieniem, ale jednak urodziłam córkę naturalnie- jestem matką.

Przejdźmy teraz do mojego siedmiolatka.  2 lipca 2011 roku obudziłam się i zorientowałam, że zaczęły mi odchodzić wody płodowe. To był sobotni, letni poranek. Pojechaliśmy do szpitala. Dojście na izbę przyjęć i oddział to nie zapomniane uczucie. Co kilkanaście kroków robiło mi się cieplutko i mokro. Cały czas odchodziły wody. Po kilku godzinach wreszcie mnie zbadali. Żadnego rozwarcia, wody dalej powolutku spływają, ja nie odczuwam żadnego nawet najmniejszego skurczu. Wieczorem w sobotę zostaję położona i podpięta pod KTG. Tętno dziecka niższe niż normalnie, ale jeszcze nic niepokojącego. Niedzielny ranek. Znów badanie, pytanie o skurcze których nie było i po raz kolejny KTG. Tętno dziecka jeszcze niższe, no ale czekamy. Przecież to nic pilnego, mamy niedziele, nikomu nic się nie chce, w dodatku szpital rzeźnia. Tak minęła niedziela. Wieczorne KTG po raz kolejny wykazało, że tętno mojego dziecka jest niższe niż być powinno, a akcji porodowej brak. Czekamy. Poniedziałek 4 lipca. Badanie- rozwarcie na 1 cm. Zero odczuwalnych skurczy. Podajemy oksytocynę, a przy okazji podpinamy do KTG, więc leż sobie kobieto i czekaj na wyrok. Niestety kroplówka nic nie dała, zero jakiejkolwiek akcji porodowej. Mniej więcej około godziny 15 widzę, ze tętno synka spada jeszcze bardziej. Zaczynam się denerwować(tak jakbym wcześniej jeszcze nie była). Cyfry powoli, ale systematycznie spadają. Zawołałam położną i poprosiłam żeby spojrzała- no w końcu mogę się nie znać. Ona spojrzała powiedziała coś w rodzaju nie jest źle i wyszła. Na jej nieszczęście musiała dosłownie po minucie wrócić ponieważ tętno zaczynało drastycznie spadać. W tym momencie o nic już nie prosiłam, wtedy kazałam jej natychmiast wezwać lekarza. Byłam gotowa odpiąć się od KTG i sama pójść po niego, zaciągnąć go za kudły żeby spojrzał na wykres. Na szczęście nie musiałam. Spojrzała na mnie, na monitor i pognała. Później wszystko działo się już szybko. Lekarz przyszedł spojrzał i nie wiem skąd wyjął jakieś papiery do podpisania. Powiedział tylko ze nie ma czasu tłumaczyć, ze jedziemy na CC. Wszystko szybko podpisałam i tak oto po godzinie 16 wydobyli ze mnie mojego syna. Mojego syna który urodził się w zamartwicy okołoporodowej. Czy można było tego uniknąć? Pewnie tak. Wystarczyłoby większe zainteresowanie personalu- no ale ja nie o tym dziś. Tak wiec syn został ze mnie wydobyty przez lekarzy, co wcale nie znaczy ze go nie urodziłam. Takie coś to nic innego jak PORÓD POPRZEZ CESARSKIE CIĘCIE (i tu chciałabym krzyknąć- ogarniasz idiotko jedna z druga?! PORÓD).

Tak więc czy mogę nazywać matka mojego syna? Czy mogę nazywać się matką która urodziła to dziecko?  OCZYWIŚCIE. Bo gdyby nie PORÓD poprzez ciecie cesarskie to mojego syna, którego jestem matką nie byłoby dziś na świecie. Czy zgoda na ratowanie mojego dziecka robi ze mnie gorszą matkę?

Niunia. Niunia także urodziła się poprzez cięcie cesarskie. Dlaczego? Ponieważ przebieg porodu Niuni był jak odtworzenie z plików porodu Daniela. Z jednym małym i najważniejszym wyjątkiem. Nauczona wcześniejszym porodem, po tym jak skurcze były słabiutkie, wręcz zaczęły się wyciszać, a rozwarcia nie było zażądałam natychmiastowego cięcia. Tu składam pokłon w stronę lekarza (był to już inny szpital niż poprzednio), który jest pro VBAC i zaproponował próbę urodzenia małej naturalnie. Niestety, a może stety nauczona wcześniejszym doświadczeniem nie zgodziłam się. Tak oto 8 września 2014 roku wydobyli ze mnie Niunie. Teraz pytanie- czy mogę nazywać się matką? OCZYWIŚCIE. Podjęłam decyzję, która wydawała mi się wtedy jak najbardziej słuszna (dziś może bym postąpiła inaczej, aczkolwiek nigdy nie będę żałować). Ze strachu o dziecko, o to, że sytuacja znów może się powtórzyć, że mogę zacząć tracić moje dziecko postawiłam na wydobyciny- czyli nic innego jak PORÓD POPRZEZ CESARSKIE CIĘCIE.

Ostatni poród także odbył się poprzez CC. Tutaj byłam już gotowa na poród naturalny. Tutaj wody mi nie odeszły. Tutaj zaczęło się od skurczy. Wręcz chciałam urodzić naturalnie. Niestety. Niespełna 2 lata wcześniej miałam cięcie cesarskie, i nie trafiłam na lekarza pro VBAC2 dlatego też skończyłam cesarką.

Tak więc czy ratując swoje dziecko poprzez zgodę na poważną operację wykonywaną na mnie jestem gorszą matką? Czy robiąc to dla zdrowia, życia mojego dziecka nie mam prawa nazywać się matka?

Bardzo często w tych dyskusjach widuje się argument, że nie wiemy co to ból, skurcze i parcie. Część owszem. Ale czy te wszystkie jebitnie jebnięte mamuśki z internetów, które uważają się za lepsze bo urodziły naturalnie choć raz pomyślały, że większość z nas(nie mowie o CC na życzenie-tego komentować nie będę) po prostu ratowała swoje dziecko?! Wpadłyście na to, czy po prostu przy porodzie urodziłyście także swój mózg?

TAK. JESTEM MATKĄ CZWÓRKI DZIECI. Jednej córki która urodziła się naturalnie i pozostałej trójki, która urodziła się poprzez poród cesarskim cięciem. Nie uważam się za gorszą matkę. Może i nie darłam się przy porodzie naturalnym, ale to ile łez wylałam po cesarce przez ból który towarzyszył w miejscu cięcia wiem tylko ja. Ja i inne matki, które urodziły poprzez CC, które cierpiały podczas wstawania, chodzenia, kaszlu, kichania i wielu innych, a które wy- madki z internetów, które rodziłyście naturalnie tak bardzo krytykujecie. Nie umniejszajcie nam tylko dlatego, ze ratowałyśmy nasze dzieci.

Anarchia kontrolowana

Anarchia kontrolowana

U nas panuje przede wszystkim jedna zasada, ale o niej później. Na wiele rzeczy nie zwracamy uwagi, albo mamy kontrolowanie wyjebane na to. 

Nasze dzieciaki mogą wstać o 6 rano i wyjść na dwór. Nie musza zjeść cudownego rodzinnego śniadania, nie musza czekać do „ludzkiej” godziny żeby wyjść. W ogóle nie muszą jeść. Wychodzimy z założenia, że jeśli dziecko zgłodnieje to samo przyjdzie. Nasze dzieci zręcznie posługują się ostrymi narzędziami typu noże, nożyczki. Nie bronimy im ich używać, aczkolwiek wiedza, że jeśli będą nieuważne to mogą sobie zrobić mniejsze lub większe „auć”. Nie bronimy naszym dzieciom latać po całym osiedlu, aczkolwiek wiedzą co im grozi jeśli się zgubią. Nie trzymamy dzieci w złotej klatce. Uczymy ich od początku, że ich zachowania mogą mieć dla nich przykre konsekwencje. Wiedzą co może się zdarzyć jeśli zgubią się, oddalą w sklepie, na spacerze, wiedzą co będzie jeśli wsiądą do samochodu obcego człowieka. Wiedzą jakie konsekwencje może przynieść nie uważne krojenie pomidora, mięsa itd. Wiedzą, ze jeśli spadną z drzewa, trzepaka mogą już więcej palcem nie ruszyć. Wiedzą to wszystko dlatego ponieważ tłumaczymy, a często pokazujemy nawet filmiki z możliwymi konsekwencjami. 

 

Nasze dzieci wiedzą, że każda ich kłótnia, bijatyka może skończyć podbitym okiem czy krwią z nosa.

 

Najczęściej sprawa wyglada prosto. Póki krew się nie leje- nie interweniujemy. Każde z nich ma inny charakter. Jedno jest spokojne, a drugie to typowe wybij-okno.  Startują do starszych dzieci¿ Spoko. Może i wyrodni rodzice z nas, ale jeśli to nasze startują to nie interweniujemy. Wiecie jak jest. Póki się nie sparzy to się nie nauczy. Jeszcze nie zdarzyło się, żeby któreś z naszych zalazlo starszym dzieciom za skore tak, żeby od owych starszych zarobić… ale bywało blisko.  Nasze dzieciaki znają konsekwencje większość swoich zachowań dzięki czemu są uważne. One wiedza, ze jeśli nie będą uważać przechodząc przez torowisko to tramwaj zrobi z nich mielonkę. Nasze dzieci wiedza, ze jeśli będą bawić się ogniem mogą spowodować pożar. One wiedza jak się zachowac kiedy jadąc do babci dojdzie do wypadku. Wiedza, ze absolutnie nigdy nie mogą wysiadać z auta od strony jezdni. One wiedza nawet, ze podczas apokalipsy zombie maja walić w łeb, a jeśli ktoś dotyka ich pomimo, ze tego nie chcą mogą odgryźć… rękę. Znają słowo „NIE” i bardzo dobrze wiedzą co ono oznacza. Wiedzą także, ze jeśli ktoś nie reaguje na ich NIE mają prawo do obrony. Jednak znają jedna jedyna najistotniejsza zasadę. Brzmi ona tak „ja o swojej rodzinie mogę wszystko , ale niech ktoś obcy zacznie startować do kogoś z rodziny, wtedy nie odpuszczam.”  Jako, ze znają tę zasadę dobrze wiedzą, że jeśli przyjdzie co do czego to rodzice dostają białej gorączki i zrobią jesień średniowiecza z dupy ich oprawcy. Ja nigdy nie byłam grzeczna dziewczynka, rodzice mieli ze mną same problemy, a pomimo tego do dziś zawsze pomagają. Rodzicami jesteśmy do końca życia. To właśnie dziś, od kiedy mam swoje dzieci rozumiem niepokój moich rodziców o mnie czy tez moje siostry.  To dziś wiem, ze wszystko co robili to z troski, a nie złośliwości. OK. Mieli zupełnie inne podejście niz ja, aczkolwiek jak najbardziej ich rozumiem. W końcu wszystkim nam chodzi o jedno. O dobro naszych dzieci.  Czasem płaczemy (więcej o tym Jestem masochistką), ale każdy uśmiech dziecka wynagradza nam łzy. No dobra. Nie każdy. Jest tez ten jeden jedyny sadystycznego zadowolenia kiedy to np. Zużyli mi cali peeling do ciała lub wiedzą, ze popsuli komputer i taty przyjdzie z pracy do pracy.

Nasze dzieci grają w to co my. Diablo i World of Warcraft (ogólnie Blizzard) jest u nas na porządku dziennym. WSAD maja opanowany prawie do perfekcji. Chcą grać to im nie bronimy. Zreszta, jakby nie było. Języka prędzej naucza się podczas gry niż w szkole. To tutaj uczą się iż każda pomyłka wiąże się z mniejszymi bądź większymi konsekwencjami. To tutaj uczą się, ze aby być lepszym trzeba ćwiczyć skile. To tu nauczyły się, ze jeśli za długo będą pod woda, to po prostu zginą. Gry w które moje dzieci nie grały to właściwie tylko te niskich lotów, które i nas tata gamer od zawsze i mama gamerka od 6 lat nie przyciągnęły. Tutaj jednak zaznaczę, ze zanim one zagrają w dana grę to najpierw my rodzice przez dobrych kilka dni sprawdzamy czy gra jest na tyle dobra by dzieci mogły się w nią zagłębić. Oczywiście czasem same z siebie włącza sobie jakaś gierkę dla dzieci i jak najbardziej nie zabraniamy im tego. Prawie każda gra jest odpowiednia dla dziecka. Jest tylko jeden warunek. Dziecko musi być na tyle inteligentne, ze zrozumie iż to fikcja, a nie rzeczywistość.

 

Bywają dni (najczęściej po deszczu) kiedy to dzieciaki wracają do domu calutkie w błocie. Tak bardzo, ze jedyna opcja to droga prosta przedpokój-wanna. Zabawa w błotku to fajna zabawa wiec nie zabraniamy, a czasem nawet się dołączamy. Zabawa jogurcikiem – zawsze spoko. TAK. Bawimy się czasem jedzeniem. Rzucamy w siebie ciastem na pizzę, rozsypujemy mąkę, a i zdarzyło się, ze każde z nas miało na sobie rozbite jajko (polecam. Spoko maseczka na włosy). 

 

Uwielbiamy wygłupiać się z dzieciakami. Wtedy w domu jest głośno, brudno i radośnie. 

Przechodząc do sedna. Panuje u nas anarchia kontrolowana. Każdy robi to na co ma ochotę w granicach rozsądku. My jesteśmy rodzicami, ale przede wszystkim przewodnikami subtelnie pokazującymi drogę przez życie, które jest pełne niebezpieczeństw.  Jesteśmy by te małe stworzonka mogły schować się w naszych ramionach przed całym złym światem, który czasem je przeraża. 

Jestem masochistką…

Jestem masochistką…

 

 

a może tak bardzo kocham dzieci.

Czasem mam serdecznie dość. Mam dość swoich dzieci. Wszystkich i każdego z osobna. Moje myśli wędrują w krainę fantazji w której górują sznury, kajdanki, kneble i wiele innych. To są chwile kiedy #tatanacztery jest w delegacji, lub cała czwórka jest chora w domu… Albo po prostu mam PMS. Który z rodziców nigdy nie miał dość? Jest ktoś taki? Jeśli jakimś cudem się znalazłeś to życzę w dalszym ciągu tego spokoju, aczkolwiek w cuda nie wierzę- na Ciebie także przyjdzie czas. Kto nigdy nie miał gorszego dnia niech pierwszy rzuci kamieniem. 

Gdzie bym nie spojrzała w mediach społecznościowych wszędzie widzę uśmiechnięte mamusie, zawsze wypoczęte, szczęśliwe (jest kilka wyjątków, uwielbiam ich bo są szczerzy do bólu) i szczerze, ale rzygam już tą cudowną sielanką na pokaz. Niestety jeszcze do niedawna- zanim weszłam na dobre w media społecznościowe utwierdzałam się w przekonaniu, że najzwyczajniej w świecie to ja nie nadaję się na matkę, to mi nic nie wychodzi i w ogóle wszystko za co się wezmę to spierdolę. Moje dzieci nie mają tego super mięciutkiego kocyka za miliony monet? No tak… jestem beznadziejną matką. 

 Aktualnie zastanawiam się nad kwestią zdjęć dzieci i tu pytanie do tych wszystkich super blogerek. Jak Wy to robicie, że dzieci zawsze idealnie czyste, idealnie ubrane, idealnie ustawione do zdjęcia? Jakiś diler macza w tym palce? Dajcie namiar.  

Tyyyyle czasu wszyscy spędzają z dziećmi i zawsze uśmiechnięci, wprost rzygający tęczą. A ja co? Przychodzi godzina 11 młodego kładę na drzemkę (o ile nie zaśnie o 8/9 bo w nocy uznał, że da popalić starym), starszym daję laptop wysyłam do pokoju i róbta co chceta tylko nie obudźcie młodego, a ja zakładam słuchawki i… i mam wszystko w dupie (no dobra. Czasem sprawdzam czy żadne nie wpadło na pomysł otwierania okna, wkładania paluchów do kontaktu, lub zabójstwa siostry czy też brata).  Myślicie, że wtedy sprzątam lub gotuję obiad czy też robię coś innego tak cholernie ważnego, że należy to przedłożyć ponad zdrowie psychiczne. NIE. Nie sprzątam, nie gotuję. Po prostu siedzę i słucham nuty lub idę pod prysznic… Ach- cóż za nieodpowiedzialność. 

Wiecie, że my rodzice mamy prawo do chwili dla siebie, że nie żyjemy tylko dla dzieci? My to wiemy dlatego conajmniej raz w miesiącu bierzemy opiekunkę(znalezienie kogoś dla czwórki dzieci to nie lada wyzwanie) i wychodzimy sami. Bez dzieci. Tak było w maju. Wtedy pierwszy raz od…. chyba zawsze  wyszliśmy sami na ślub.  Z tym ślubem (tu zapraszam na świetny kanał Życie Poczciwe) to ciekawa historia. Ślub 26 maja w dzień matki. Oczywiście jako, że pochodzimy z południa Polski to i rodzina tam. Młody zaklepany został u wujka (tutaj zapraszam na stronęPogoda i Klimat ) który ma nasrane we łbie na punkcie meteo, ale to takie nie szkodliwe uzależnienie więc spokojnie zostawiliśmy dziecko tym bardziej, że znają się od urodzenia młodego. Trzy godziny drogi do rodziców gdzie miała zostać starsza trójka, oczywiście opóźnienie już z wyjazdem, milion rzeczy zapomniane, ale cały czas coś nie daje nam spokoju. Liczymy dzieci i wychodzi, że te które miały jechać są wszystkie w samochodzie. No ok. Myślimy trudno. Pewnie ładowarki zapomnieliśmy, albo portfeli. Nic. Jedziemy. Dojechaliśmy wreszcie do rodziców. Teraz na szybko jakiś podkład przed weselem (tatuś z mamusia wiedza co dobre-czeka na nas solidny gulasz), szybkie jedzonko i jazda do sklepu… Obuwniczego bo ja oczywiście bez butów (w samochodzie miałam moje super wygodne kozaczki zamszowe, ale one raczej na zimę). Kupiłam buty, powrót do rodziców. Szybkie ogarnianie się i jazda na ślub kolejne 2 godziny drogi. Jedziemy i mniej więcej 20 km przed celem podróży olśnienie i krzyk – Kurwa prezent! Masakra. Tak. Zapomnieliśmy we Wrocławiu prezentu dla młodych. Wiecie jaki wstyd? No, ale nic nie zrobimy. Do domu ponad 300 km, ślub za 30 minut. OK, jakoś przeżyjemy, wytłumaczymy dowieziemy prezent. Oczywiście wyobraźcie sobie nasze zażenowanie kiedy wręczaliśmy bukiet cali zestresowani tłumacząc, ze prezent został we Wrocławiu. I to wszystko wina dzieci. Dlaczego? Bo ile można jęczeć, zbierać się i biegać jak małpy w klatce z podniecnenia, ze jedziemy do babci? Na szczęście pan młody to bliska rodzina tatynacztery wiec jakoś przełknęliśmy ten wstyd. Zabawa do rana. Dosłownie. Poszliśmy do pokoju kiedy zaczynało świtać. To był totalny reset. Żadnego przejmowania się czy dzieci śpią, czy się nie obudza. Żadnej odpowiedzialności za dzieci. Szalała dusza ile mogła. To właśnie wtedy zdaliśmy sobie sprawę, ze jesteśmy przedewszystkim rodzicami, ale NIE TYLKO. Jesteśmy tez młodymi ludźmi, którzy czasem potrzebują chwili dla siebie. I wiecie co?  Jako, ze mam dwie siostry jeszcze nie mężatki, aczkolwiek bliżej im niż dalej to nie ma opcji. Jeśli będą brały ślub to my na ten ślub bierzemy dzieci, ale bierzemy także opiekunkę dla tych dzieci.  Noooo i prezent 😉 

Z powyższych zdań wynika, ze nie jestem masochistką, a raczej sadystką, czy jak kto woli wredną, nieodpowiedzialną matką. Dlatego żeby zrozumieć tytuł zapraszam do przeczytania dalszej części. 

 

 

Poszłam do pracy. Nie dla kasy, poszłam bo miałam dość dzieci. Ciagle mama ja chce to, mama on mnie bije, mama to, mama tamto…. Nosz kurwa. Ileż można tego słuchać. Nadarzyła się okazja. Młody do żłobka, no i jazda. Dupa w kroki i do pracy. Ten cudowny czas kilku dni ciagle do mnie wraca- niestety wraca do mnie także myśl. Idiotko co ty robisz. Najmłodsze ma niespełna 2 latka. W dodatku wcześniak, chuścioch, tulawka. Starsze potrzebują mamy, a widują tylko przed zaśnięciem. Jeb. Olśnienie, tęsknota. Rozmowa małżeńska. Mąż mówi. Nooo ciekawe ile wytrzymasz w domu (hehe, jak on mnie zna), ale decyzja zapadła. Wypowiedzenie i mama w domu. Totalne szczęście, spacerki i takie tam inne bzdety… aż przychodzi słynny PMS i zdaje sobie sprawę jak jestem zmęczona. Jak nie mam czasu na nic (tata informatyk pracuje od 8-16, tak wiec w domu jest około 17). Szybkie ogarnięcie. Tacie obiad, dzieciom kolacja. Kąpiel i usypianie… To właśnie tu zaczyna się jazda. Tulawka zasypia wtulona, dziewczyny nie zasypiają, jedyne pozytywne dziecko tutaj to nasz siedmiolatek. Przychodzi jego godzina, kładzie się i śpi… śpi ile może. No tak. Ale zanim wszystkie zasną jest godzina 21/22(zdarza się i 23). Mijają dwa tygodnie takiego życia, ciągłego przebywania z dziećmi (wyjścia codziennie na godzinę, dwie na siłownie bądź na kawę nie wliczam w reset od dzieci) i mam dość.  OK. Myśle przez kolejny miesiąc, ze dzieci są już starsze może jednak pójdę do tej pracy? Ale co? Wyskakuje jakieś spotkanie towarzyskie/biznesowe. Zazwyczaj wyskakują one w ciągu- jeden po drugim. Wystarczą takie dwa dni kiedy wyjeżdżam bez dzieci, i za nimi tęsknie co oznacza, ze znów zapominam o zmęczeniu, łzach czy chociażby ciszy bez ciagle krzyczących dzieci. Znów jestem cała dla nich. Znów brakuje mi ich wycia, krzyków, fochów. Znów uznaje, ze dam radę. Jestem silna. Cóż… wychodzi mi, ze po prostu to lubię. Lubię płakać dzięki/przez dzieci, lubię mieć tak dość, ze mam ochotę uciec z krzykiem, lubię ten ból kiedy myślę jak bardzo beznadziejną matką jestem, bo w domu burdel na kółkach, a ciuchy wyprane leżą na stoliku i dwóch fotelach (wkładanie ich do szafy mija się z celem, gdyż dzieciaki conajmniej trzy razy dziennie się przebierają), na obiad to co dnia poprzedniego, moje włosy wołają o pomstę do nieba, a nogi zarośnięte jak u jakiegoś sierściucha. Podsumowując. Masochista lubi ból, podnieca go ból. Fetyszem masochisty jest ból czy to fizyczny czy psychiczny.  Czasem owy masochista ma kryzys. Ma dzień, kiedy dany ból będzie za duży, kiedy potrzebuje odpocząć, wtedy wystarczy dać chwile odetchnięcia, czy tez przytulić, uspokoić (powinnam zalinkowac jakieś źródła wyjaśniające „masochista” czy tez inne sformułowanie, aczkolwiek zyjemy w świecie po wielkim BUUUM na jakże beznadziejną książkę o Panu Greyu i niejakiej słodkiej Anastazji i jeszcze gorszej ekranizacji owej książki wiec pewnie wiecie co mam na myśli) Nieee, nie mogę powiedzieć, ze podnieca mnie myśl o mojej matczynej beznadziejności, ale śmiało mogę powiedzieć, ze wystarczy, ze któreś z moich dzieci mnie przytuli i znów jestem im oddana. Tak jak masochista swojemu sadyście.

Informacje ogólne

Informacje ogólne

 

Strona powstała ponieważ mam nieodparte wrażenie, że rodziny #wielodzietne są traktowane jak gorsze, jak patologia. Publikując notki z codzienności większej rodziny chcę pokazać, że nie wszyscy #wielodzietni to patologia, alkoholicy itd.
Pragnę by to miejsce stało się odskocznia dla mnie (uwielbiam pisać) i dla czytelników.

Kilka przydatnych informacji o nas.
Mieszkamy we Wrocławiu, choć pochodzimy ze Śląska (Beskidy).

Ja mama na cztery jestem szczęśliwą mężatką, matką zajmującą się domem, a także strona (nie tylko tą).

#tatanacztery to facet z jajami. Czwórka dzieci z którymi potrafi zostać całkiem sam nawet na kilka dni, kiedy mama na cztery musi służbowo wyjechać. Tata jest informatykiem, strażakiem OSP, a także zapalonym fanem World of Warcraft (ach te raidy).

Córka1 -najstarsza córka ma w tej chwili 7 lat, chodzi do pierwszej klasy i jest bardzo opiekuńcza. Czasami, aż mnie zadziwia ile pokładów miłości w tej osóbce… Oczywiście nie znaczy to, że nie potrafi strzelić focha… Potrafi- prawie tak dobrze jak mama.

Syn1- mój 6 latek. Buntownik, złośnik, a także cichy opiekun najmłodszego synka. Między nim, a młodszym synem jest jakaś więź, której do końca nie rozumiem, aczkolwiek jak z dziewczynami potrafi całymi dniami się wykłócać, tak z młodym godzinami umie się bawić, pokazywać zabawki w ciszy i śmiechu

Córka2 – 3,5 roku, diablik jakich mało. Mistrzostwo w fochy osiągnęła mając 2 latka. Słowa taty na cztery: nie wyprzecie się siebie.
Jeśli czegoś pragnie próbuje to zdobyć wszelkimi sposobami. Córeczka tatusia.

Syn2- najmłodszy. Wczesniaczek. Zamiast na początku września, urodziny na początku sierpnia. Zdrowy, pogodny. Wieczna tulawka.

Facebook
Facebook
Twitter