Miesiąc: Maj 2018

Strach i radość

Strach i radość

W życiu większości z nas przyjdzie bądź już przyszedł taki czas kiedy dowiadujemy się, że w naszym ciele lub ciele naszej partnerki rozwija się coś. Coś małego, naszego, coś co bezgranicznie będzie nam ufać, będzie nas kochać, coś czym będziemy musieli opiekować się przez dobrych kilkanaście lat. To COŚ to nasze dziecko. Nasze szczęście, miłość. Pamiętam kiedy pierwszy raz przy najstarszej zobaczyłam ją na USG. Takie to było małe, do niczego nie podobne, a jednak wywołało łzy. Wbrew wszystkiemu czułam się cholernie szczęśliwa. Strach mieszał się ze szczęściem. Pierwsze kopnięcia dziecka- niezapomniane uczucie. Poród- no cóż. Nigdy nie ukrywałam, że jakoś specjalnie był koszmarny. Wręcz przeciwnie, aczkolwiek przez cały poród czułam strach, a kiedy położyli mi małą na brzuchu pierwsze co zrobiłam to… policzyłam jej palce i się popłakałam. Pierwszy raz wżyciu czułam tyle w jednym czasie. Powrót do domu. Strach, radość. Pierwsze kąpanie- „Mamo, wpadniesz umyć małą” – no co? Mając trójkę dzieci mieli większą wprawę 😊 Karmienia, wstawanie w nocy, spacery wszystko to było przepełnione strachem, radością, bólem, zmęczeniem. Pierwsze zachłyśnięcie malej- panika, strach i telefon do rodziców. Pierwsze kroki małej radość. Pierwszy siniak, zadrapanie, choroba- strach. I znów dwie kreski, USG- radość, strach, przerażenie. Zmęczenie. Odchodzące wody. Zero akcji porodowej. Strach. Spadające tętno dziecku i zero reakcji lekarzy- strach, wkurwienie. Nagle zanikające tętno dziecka- łaskawie reakcja lekarzy „CC, proszę podpisać zgodę” Zero tłumaczeń. Strach. Chłopiec. Szczęście. Pytania. Wkurw jakich mało, bo do cholery było reagować gdy informowałam o spadającym tętnie. Było spojrzeć na wydruk z KTG. Powrót do domu. Strach, ból, radość. Pierwsze kąpanie, pierwsze choroby, pierwsze kroki. Grudzień 2013 dwie kreski. Szczęście. Podwójne. Po pierwsze będziemy mieli dziecko, po drugie najstarsza ma pierwszy w życiu występ w przedszkolu. Idealnie. Szczęście, łzy, wzruszenie i strach, panika. Koniec przedstawienia, zbieramy się do domu. Moje dziecko się pali. Jakiś rodzic okazał się kompletnym idiotą i zapalił świeczkę na stole. Moje dziecko cierpi, płacze. Nie wiem jak dałam radę na tyle się opanować by wszystkim którzy zabraniali mi do niej wejść nie spuścić wpierdolu. Wręcz dałam radę zająć się młodszym synem i zadzwonić do rodziców co jest grane. Może miało to związek z tym, że mąż przy niej był i to on się nią zajmował, a komu mogłabym bardziej zaufać jak nie osobie którą kocham, która dodatkowo jest strażakiem? Kilka razy powtarzane pytanie „ Gdzie jest ta karetka kurwa?!” I wiecie co? Miałam totalnie wyjebane, że słyszą to obce mi dzieci. Do dziś wiem, że gdyby ktoś się wtedy odezwał to zaproponowałabym żeby przeżył moją sytuację. Egoistyczne podejście? NIE. Po prostu strach i przerażenie. Nie wiedziałam, nie widziałam jak bardzo córka jest poszkodowana. Wiedziałam wszystko tylko z informacji jak Ci wszyscy cudowni rodzice gadali ciszo między sobą. W pewnym momencie kazałam im chyba wszystkim wypierdalać pod pretekstem „nie czujecie jak tu śmierdzi spalenizną? Zabierzcie dzieci” W końcu zrobiło się luźniej. Dostałam się do córki i natychmiast kazałam dyrektorce przynieść syrop przeciwbólowy. A ona co? Ona, że nie może dziecku podać w przedszkolu, ale poszła i przyniosła… Pewnie uznała, że dalsza dyskusja ze mną i z mężem, który wie co się dzieje jest nie potrzebna. W końcu przyjechała karetka i w tym momencie film mi się urwał, jak po dobrym chlaniu. Wiem tylko, że rzeczowo rozmawiałam ze sanitariuszką w karetce, kodowałam informacje do którego szpitala jedziemy, trzymałam moją malutką za rączkę i…. rzygałam. Pierwszy raz w ciąży z Niunią rzygałam właśnie wtedy. Ze strachu. Szpital, leczenie, pierwsze obcięcie włosów córce (bo spalone) to strach i radość, że nie stało się nic co mogłoby zaważyć nad jej życiem. Kilka miesięcy później pobudka w nocy i lekko odchodzące wody. Lekkie skurcze. Lekki strach i podniecenie, że to już. Mąż obudził teściową, żeby zajęła się starszymi. Jedziemy do szpitala. Nasilające się skurcze. Szpital państwowy. Każą iść spać. Następnego dnia każą leżeć. Kolejnego dnia łaskawie chcą żebym zaczęła rodzic. Po właściwie dwóch dobach odchodzących wód. Powiedziałam dość. Mają mnie natychmiast wziąć na CC. Miałam do niej prawo bo byłam już po jednej cesarce. 2 godziny i nasza mała z nami. Radość. Starsza córka wpadła z tatą. Nasze wzruszenie, jej strach bo niunia mamę chce zjeść. Powrót do domu.  Zabawa, strach, miłość, zmęczenie. Kolejne dwie kreski. Tym razem reakcja była nieco odmienna od poprzednich. Tym razem po zobaczeniu dwóch kresek padło siarczyste „ o kurwa”. Wiele rozmów, rozważanie za i przeciw. Podjęta decyzja. Urodzę. Tej ciąży towarzyszył mi strach. Wiedziałam, że ciąża, moje zdrowie jest zagrożone. Wiedziałam, że poród odbędzie się przez CC chociaż szukałam opcji naturalnego porodu. Pewny poranek skurcze. Ej, ale to za wcześnie. Strach, telefon do męża, telefon do lekarza i informacja, że już na mnie czekają. Szybki wywiad i lecimy na sale. Zajebista atmosfera, wszystko tłumaczone, mąż za drzwiami wszystko kontrolujący, sama jego obecność, że on tu jest, że go widzę dawała mi bardzo dużo. Mały na świecie. Malutki. Szybki buziak, przytulenie i zabrali go. I wbrew pozorom bardzo dobrze. Dali tacie do tulenia, mnie pozszywali i przewieźli na sale, po chwili informacja, że mały w inkubatorze bo się szybko wychładza. To w takim razie wypada poinformować rodziców, ze mają wnuka wcześniaka. Mama nie uwierzyła. Musiałam na dowód zdjęcia wysyłać 😊 Płatność za szpital. Prywatna klinika. Jeśli jeszcze kiedykolwiek miałabym rodzic to tylko w prywatnej klinice. Nigdy więcej w państwowym szpitalu. Przepaść ogromna. I znów strach i to dodatkowy bo wcześniak, szczęście itd.

Rodzicem jest się od początku do końca. Rodzicom towarzyszy strach, radość. Codziennie. Codziennie martwimy się o nasze dzieci, ale też codziennie każdy ich uśmiech wynagradza nam każde zmęczenie, każdy strach. Spytałam moje dzieci za co nas kochają. Tak więc:

Niunia kocha tylko tatę. Mamę kocha ewentualnie wtedy kiedy taty nie ma lub tata czegoś nie pozwolił.

 Daniel- za zabawki, za przytulanie

Magda- „za to, że mama nas kocha i jest miła jak słonko”

Młody- jeszcze nie mówi

dav

 

Podsumowując rodzicielstwo to ciężka, wymagająca, stresująca praca. Czasem każdy z nas ma chwilę zwątpienia, zmęczenia i chciałby to rzucić w cholerę. Nie ważne czy mamy jedno czy więcej dzieci, wcześniej czy później przychodzi moment kiedy czujemy się wypaleni, kiedy potrzebujemy urlopu. Niestety urlopu od rodzicielstwa wziąć nie możemy, na szczęście większość z nas kocha swoje urwisy ponad wszystko dzięki czemu szybko nabieramy nowej energii. Kochamy dzieci ponad wszystko, bezinteresownie. Kochalibyśmy je nawet gdyby ciągle tylko płakały, jęczały, kłóciły się. Dzieci kochamy za wszystko i za nic. Nie możemy kochać połówkowo. Każde z dzieci jest inne, jedno ma więcej wad od drugiego, ale wszystkich kochamy tak samo. Wychowujmy nasze dzieci najlepiej jak potrafimy. Dawajmy im oparcie. Kochajmy, szanujmy.

Za co Wy kochacie swoje urwisy?

Facebook
Facebook
Twitter