Rok minął…

Rok minął…

 

Przeprowadzka do Wrocławia była decyzją podjętą spontanicznie. Wystarczyło nam kilka dni by zdecydować, że jeśli nie teraz to pewnie już nigdy. Do stracenia nie mieliśmy nic, zyskać mogliśmy wiele.

Minęło 13 miesięcy od rozpakowania walizek i pomimo, że brakuje nam takich prawdziwych ciemnych nocy w których jedynym źródłem światła był księżyc, a cisza była wręcz przeszywająca, patrzenia w gwiazdy do później nocy, ognisk i swobody, bliskości gór, strumyka – przyrody. Brakuje nam poranków kiedy wstając rano łapaliśmy pierwsze promienie słońca oporządzając zwierzęta. Wszystkiego tego co jest przyjemne, ale i mniej przyjemne (czyt. wszystko wiedzących, plotkujących sąsiadów). Brakuje nam, ale gdybyśmy mogli cofnąć czas nie zmienilibyśmy decyzji. Może i cała rodzina jest daleko, bo 300 km od nas, może i nie mamy własnego ogródka, dzieci nie mają tyle swobody, ale mamy inne rzeczy. Czy lepsze? Tego jeszcze nie wiemy. Czy decyzja o przeprowadzce była słuszna okaże się za kilka/kilkanaście lat. Na dzień dzisiejszy śmiało mogę powiedzieć, że dzieciaki bardzo szybko się aklimatyzują, szybko zdobywają przyjaźnie, szybko uczą się nowego życia no bo wiecie…. Samoloty tak nisko, tramwaje (tyle pociągów i one są takie fajne), tyle placów zabaw, mama która nie denerwuje się bo znów jakaś upierdliwa sąsiadka  wymyśliła coś żeby było o czym gadać pod sklepem, albo tata który nie wkurza się bo znów musi jechać do sklepu, lub nie spełnia się zawodowo. Czasem mam chwile zwątpienia. Najczęściej wtedy kiedy przeglądam zdjęcia. Teraz już nie zobaczę #tatynacztery jak ostrzy kosę, kota który łapie myszy (i faktem jest, że za nic nie mogę się przyzwyczaić do kota na smyczy, kotów siedzących ciągle w mieszkaniu).

To wszystko straciliśmy, owszem bywamy w rodzinnych stronach średnio raz na dwa miesiące, ale to nie to samo. Teraz wyjeżdżając po prostu odpoczywamy, czujemy się troszkę jak na wakacjach.

 

            

 

 

 

 

 

 

 

Pisząc wstęp napisałam, że dzięki przeprowadzce mogliśmy wiele zyskać.  Po pierwsze i najważniejsze. Edukacja. W dużym mieście jest więcej szkół, więcej zajęć dodatkowych. Po prostu więcej możliwości. Po drugie jako, że dzieciaki na wsi nabyły podstawowe umiejętności samodzielności tutaj w mieście je doskonalą.

My jako dorośli zyskaliśmy więcej możliwości zawodowych, dokształcających. Pomimo takiego tłumu czujemy jakbyśmy mieli więcej prywatności. Tatanacztery w ciągu tego roku w sferze zawodowej osiągnął więcej niż przez 10 lat kariery zawodowej na wsi. W końcu mógł zadbać o siebie, o swoje zdrowie. Mamanacztery – w końcu zyskałam pewność siebie, zaczęłam się spełniać jako matka bo przestałam przejmować się tym co powiedzą inni. I tutaj ważna informacja dla potencjalnych hejterów: mi możesz wszystko, ale skrzywdź kogokolwiek z mojej rodziny, to cię zniszczę. Zaczęłam realizować swoje pasje na które nie miałam czasu, siły i ochoty mieszkając na wsi.

Miasto i wieś – jak w każdym zestawieniu i w tym są punkty na korzyść jednego lub drugiego. U nas wyższą punktację zyskało miasto, aczkolwiek nie zarzekam się, że nie wrócimy na wieś, wręcz przeciwnie. Mam nadzieję, że kiedyś wrócimy, ale nim to się stanie… nauczyliśmy się już kochać miasto.

Jest tylko kilka rzeczy których cholernie żałujemy zmieniając miejsce zamieszkania.

  1. Rodzina. Dzieci od dziadków dzieli 300 km.
  2. Widoki.
  3. Przedszkole do którego uczęszczała Niunia klik Do dziś wspominamy cudowną panią dyrektor i opiekunki Niuńci, przede wszystkim Elizę, którą małą wręcz ubóstwiała. To dzięki temu przedszkolu zyskałam poczucie, że są miejsca w których takie małe dzieci mają najlepsza opiekę i co więcej miewają tam lepiej niż w domu. Naprawdę ogromny ukłon w stronę pani dyrektor za dobranie tak cudownej kadry.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook
Facebook
Twitter